Główna    Wyprawy  
   
O mnie    Galeria zdjęć
 

  

 

Restaurator

                   

 

   Jest w Bańos hotelik, obok którego ma swoją restauracyjkę – mysią norę pewien mały człowieczek. Dziwny to człowiek – jakiś taki pokraczny, nieforemny, z wyskubaną kilkuwłosową bródką, zmierzwionymi włosami i straszliwie rozbieganymi oczkami. No i te buty... potężne, skórzane trepy, przetarte w wielu miejscach, na wibramie, zdecydowanie za duże jak na stopy takiej drobiny.

    Codziennie rano chodziliśmy do tego człowieczka na śniadanie. Po wejściu do restauracyjki zajmowaliśmy miejsca przy stoliku nakrytym ceratą lepką od kilkudniowych resztek herbaty. Mały ludzik podbiegał do nas i wręczał każdemu niewyobrażalnie obskubaną i wymiętoloną kartkę z dumnym napisem "MENU". Treść całkowicie odpowiadała jej wyglądowi. Po zamówieniu naszego "zestawu śniadaniowego" nasz super-kelner przemieniał się w super-kucharza. Gubiąc nogi biegał tam i z powrotem po tradycyjnie brudnej kuchni. Niestety przygotowanie jajecznicy z trzech jaj dla dwóch osób wymaga posiadania do tego celu co najmniej sześciu jaj. I tu pojawiał się pierwszy problem, ponieważ jaj tych, żadną miara rzeczy, nie było we wspomnianej kuchni. Cóż więc pozostało naszemu super-kucharzowi. Musiał czym prędzej znaleźć sklep gdzie by te jaja można nabyć. Szurając niewiarygodnie swoimi trepami wybiegał "na miasto" po zakupy... Niestety o godzinie siódmej rano trzeba nieźle się nabiegać by cokolwiek kupić. Po kilku(nastu) minutach nasz super-goniec powrócił dumnie z zapasem jaj i przystąpił do przygotowywania posiłku.

    Nie wiem czy to my byliśmy złośliwi, czy on miał pecha, w każdym bądź razie zażyczyliśmy sobie jeszcze po szklaneczce soku z owoców... Sok? O.K. Ale do tego potrzebne są owoce, których dziwnym zbiegiem okoliczności nie było pod ręką. I znowu szuranie buciorów i sprint w poszukiwaniu owoców [...] W końcu długo oczekiwany sok wylądował na stoliku przed nami. Uradowany kelnero-kucharzo-goniec mógł wreszcie chwilkę odzipnąć. Odzipnąć? Co to znaczy, kiedy okrutni klienci wynaleźli nową torturę.

    Jak to bywa w tradycji miejsc podobnych (i lepszych) naszej restauracyjce, po skonsumowaniu posiłku należy za niego zapłacić. Nic prostszego, wystarczy wręczyć odpowiedni banknot i poczekać ewentualnie na resztę. O ile w pewnych miejscach na świecie banknot dziesięciodolarowy nie stanowi większego problemu w powszechnym procesie wydawania, rozmieniania czyli po prostu wykonywania prostych operacji finansowych, o tyle dla naszego restauratora był to problem straszniejszy niż wszystkie plagi egipskie razem wzięte. Dziesięć dolarów w jednym kawałku, kiedy za posiłek należy się nie więcej niż dwa dolary, to lekka przesada? Przerażenie w oczach i nasze wyprzedzające zapewnienie, że nie posiadamy nic drobniejszego. Z miną skazańca człowieczek zaczyna szperać i szukać reszty po wszystkich kieszeniach, węzełkach, supełkach, zakamarkach i miejscach, których nigdy w życiu nie posądziłbym o to, że mogą w nich być ukryte pieniądze... Nic! Ciągle za mało! Trzeba rozmienić... I starym zwyczajem szuranie buciorów i sprint po drobne do zaczynających rozkładać swe stragany handlarek. A tam targi, prośby, kręcenie głową na "taki nominał"... ciężka sprawa. Na szczęście nie brak dobrych ludzi na tym świecie – są drobne! Wreszcie rozpromieniony super-bankier wręcza kilka banknotów, tym razem jednodolarowych – banknotów na wagę złota, banknotów, za które można kupić wszystko i wszędzie!

    Nareszcie odnalazłem miejsce gdzie można żyć za drobne...

 

.::POWRÓT::.